Archiwa kategorii: Prawo gospodarcze

Bo umowy pisze się na złe czasy…

Foto: sxc.hu | Autor: bizior

Dziś o temacie na pierwszy rzut oka banalnym, jednak jak wynika z praktyki, temacie, który przez traktowanie po „macoszemu” nie jednemu przedsiębiorcy spędza później sen z powiek.

O co chodzi? W związku z panującą modą na budowanie biznesu w oparciu o „szybki pomysł”, coraz częstszą praktyką nieformalnych wspólników jest działanie ad hoc, tj. bez jakichkolwiek prawnych ustaleń. A to przysłowiowy „gwóźdź do trumny”…

Jak należy „zabrać się” za planowanie współpracy?

Tak naprawdę jest kilka opcji. Najprostszą jest podpisanie od razu właściwej umowy. Sposób ten, mimo że najprostszy, w rzeczywistości najtrudniej zastosować. Dzieje się tak dlatego, iż w momencie kiedy dochodzi już do ustalania treści umowy (ze swej natury obszernej, bo próbującej określić zasady wzajemnej współpracy na wszelkich możliwych poziomach), każda ze stron ma jakiś inny pomysł na uregulowanie poszczególnych spraw, a w związku z tym negocjacje przeciągają się coraz bardziej i bardziej, a czas nagli i pomysł czeka na rozwinięcie.

List intencyjny – czym jest?

Dlatego też można sięgnąć po drugi model. Pierwsze podpisujemy list intencyjny, a dopiero w drugiej kolejności, gdy wszystko będzie ustalone – umowę. List intencyjny, który jak sama nazwa wskazuje ma odzwierciedlać wspólne intencje stron, może być schematyczny (tj. wskazywać jedynie jakie zapisy powinny znaleźć się w umowie i jaki powinien być ich przybliżony kształt), co siłą rzeczy powoduje więcej pracy przy konstruowaniu właściwej umowy, albo też bardziej szczegółowy, gdzie przy redagowaniu umowy wystarczy tak naprawdę doprecyzować jedynie jego postanowienia.

Zasadą jest, że list intencyjny jako taki nie jest wiążący dla stron (nie ma takiej mocy jak umowa). Oznacza to, że jeżeli nie dojdzie do podpisania końcowej umowy, bo jednej ze stron się „odwidzi”, to z tego tytułu tak naprawdę nie można wysuwać żadnych roszczeń (może jedynie poza próbami udowadniania, że ktoś prowadził negocjacje w złej wierze, co na pewno nie będzie proste).

Niemniej jednak nic nie stoi na przeszkodzie, aby strony postanowiły inaczej. Poprzez wpisanie odpowiedniej klauzuli list intencyjny może nabrać charakteru wiążącego zobowiązania. I to jest właśnie trzecia opcja regulowania wzajemnej współpracy, w której podpisanie już samego listu intencyjnego powoduje „przymuszenie” każdej ze stron do podjęcia określonych działań i daje prawną podstawę do rozpoczęcia wzajemnej współpracy.

Co może znaleźć się w liście intencyjnym?

Poza podstawowymi elementami każdego kontraktu, takimi jak strony, miejsce i data podpisania, w list intencyjny możemy wpisać co nam się żywnie podoba (oczywiście, w granicach dozwolonych prawem!) – oświadczenia stron (na różne tematy – w zależności od przedmiotu transakcji), zasady prowadzenia wspólnego przedsiębiorstwa, warunki finansowania przedsięwzięcia, zakaz konkurencji, klauzule poufności, itp. itd.

Jest to więc doskonałe narzędzie po pierwsze do stworzenia zarysu wspólnych relacji, a po drugie do wysondowania czy mamy takie same cele, czy tak samo myślimy o przyszłości naszego wspólnego przedsięwzięcia.

Podsumowując – mimo, iż przechodzenie przez całą tą sformalizowaną procedurę ustalania wzajemnych relacji jako partnerów w biznesie wydaje się żmudne, a często też zbędne (no bo przecież się znamy!), pamiętajmy o tym, że umowy zawiera się na złe czasy, a praca którą włożymy na początku ustalania prawnych ram naszego przedsięwzięcia, przyniesie nieocenione korzyści w przyszłości.

Jak odstąpić od umowy, której przedmiotem jest usługa świadczona drogą elektroniczną?

Prawo do odstąpienia od umowy zawartej na odległość

1326722_monitorJuż jakiś czas temu pisałam o prawie odstąpienia konsumenta od umowy zawartej na odległość, czyli m.in. za pomocą Internetu, nie opisując jednak przypadku usługi świadczonej drogą elektroniczną.

Wykonuje się je poprzez złożenie na piśmie oświadczenia o odstąpieniu od umowy (nawet bez podania przyczyny), w terminie 10 dni od dnia wydania towaru. W przypadku jednak, gdyby prawo to nie zostało potwierdzone przez sprzedającego na piśmie najpóźniej z chwilą doręczenia kupującemu zamówionego przedmiotu, ulega ono przedłużeniu do 3 miesięcy. Jeśli międzyczasie sprzedawca zorientowałby się w swoim zaniedbaniu i wysłał informację na piśmie o przysługującym konsumentowi prawie odstąpienia, 10-dniowy termin na odstąpienie od umowy zacząłby się liczyć od momentu otrzymania przez konsumenta tego potwierdzenia.

Gdy kupimy usługę świadczoną drogą elektroniczną…

Sprawa ta jest oczywista jeśli chodzi o towary zamawiane przez Internet. Trochę bardziej kłopotliwa staje się kiedy zakupioną „rzeczą” jest usługa świadczona drogą elektroniczną. Mimo, że dalej mamy, jako konsumenci zagwarantowany 10-dniowy termin na odstąpienie od umowy, na podstawie której nabyliśmy daną usługę, to w przypadku jednak, gdy za naszą zgodą realizacja usługi rozpocznie się przed upływem tego terminu, możliwość skorzystania z prawa odstąpienia od umowy odpada z automatu.

No więc jak to w końcu jest? Zamawiam przez Internet usługę świadczoną drogą elektroniczną, ale przetestować jej nie mogę, bo tym samym przepadnie moje prawo do odstąpienia od zawartej umowy? A może przetestować usługę mogę, tylko jak potem udowodnię, że ją tylko „próbowałem”, a nie że ją już skonsumowałem, choćby w minimalnym stopniu? No bo w takim przypadku przedsiębiorca byłby najzwyczajniej w świecie stratny!

10-dni na odstąpienie, pod warunkiem, że nie zacznie świadczyć usługi drogą elektroniczną

W przypadku zawarcia umowy na odległość, której przedmiotem jest usługa świadczona drogą elektroniczną, 10-dniowy termin do odstąpienia od umowy liczy się od dnia jej zawarcia i przysługuje konsumentowi tak długo, jak długo usługa ta nie zacznie być świadczona.

Od razu trzeba zaznaczyć, że w zależności od tego z jaką usługą będziemy mieli do czynienia – z zamówioną przez Internet czy także za pomocą Internetu wykonywaną – to moment, w którym dana usługa zaczyna być świadczona będzie łatwiejszy do uchwycenia.

Czyszczenie dywanów raz!

Gdy weźmiemy pod uwagę np. usługę czyszczenia dywanów zamówioną przez Internet, będziemy mieli prawo z niej zrezygnować tak długo (oczywiście w granicach 10-dniowego terminu), jak długo faktycznie usługa ta nie zostanie wykonana, tj. dopóki nie przyjdzie usługodawca i nie wyczyści nam dywanu.

Kursy językowe on-line, filmy na życzenie, e-book’i…. tanio sprzedam!

Gdy natomiast będziemy zastanawiać się nad usługą, która nie tylko zamawiana jest przez Internet, ale również tą drogą świadczona, jak np. kursy językowe lub filmy na życzenie (VOD), to konieczne jest wyraźne ustalenie momentu, w którym usługa ta zacznie być realizowana. Stąd najczęściej usługodawcy, celem zabezpieczenia swoich interesów, umawiają się z konsumentem, że usługa będzie świadczona następnego dnia po dniu zawarcia umowy (poprzez np. wysłanie pierwszego pliku z materiałami szkoleniowymi, jeśli chodzi o kursy językowe on-line) lub niezwłocznie po otrzymaniu zapłaty za daną usługę (np. gdy chodzi o filmy w ramach VOD).

Takie rozwiązanie wydaje się być jak najbardziej słuszne, gdyż w innym razie konieczne byłoby stosowanie przez usługodawców zabezpieczeń o charakterze technologicznym, które informowałyby o dacie rozpoczęcia korzystania przez konsumenta z zamówionej usługi on-line.

Konsumenci uszczęśliwieni na siłę

Co więcej, trzeba przyznać, że samo prawo odstąpienia od umowy zawartej przez Internet w zakresie usług, jest już dużym udogodnieniem dla konsumentów, bo jakby się tak zastanowić, zamawiając daną usługę, co do zasady wiemy, czego powinniśmy się po niej spodziewać. Nie zaskoczy nas tu jej kolor, rozmiar czy szczególne właściwości, co może zdarzyć się w przypadku towarów zamawianych w sklepach internetowych.

Jedynym uzasadnieniem dla takiego rozwiązania, jakie przychodzi mi do głowy, jest możliwość znalezienia takiej samej usługi świadczonej przez innego przedsiębiorcę po niższej cenie. Kończąc pisanie tego zdania mam już jednak kontrargument dla powyższego – przecież kupienie czegokolwiek po takiej, a nie innej cenie jest ryzykiem ponoszonym przez konsumenta, które podejmuje na podstawie swojej własnej, niezależnej decyzji.

PODSUMOWUJĄC…

Moim zdaniem przepis przyznający prawo odstąpienia od umowy zawartej na odległość, której przedmiotem jest usługa świadczona drogą elektroniczną jest przepisem zbytecznym, w sposób sztuczny budującym ochronę konsumenta. Skoro brak jest możliwości „sprawdzenia” zamówionej usługi (oczywiście cały czas poruszamy się w granicach umów zawieranych na odległość), bo w takim przypadku prawo dostąpienia przestaje wiązać, to po co w ogóle utrzymywać 10-dniowy termin bądź co bądź niepewności w obrocie gospodarczym?